Miasto - ludzie - rewitalizacja. Reportaże, eseje i wszystko, co pośrodku. Blog działa dzięki stypendium dziennikarskiemu Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
RSS
czwartek, 25 lutego 2010
Islington Mill

W latach 90. Bill Campbell, młody projektant mody z Manchesteru, postanowił kupić sobie młyn. Nie byle jaki, bo XIX-wieczny, położony na granicy centrum miasta i dzielnicy Salford.

W 2001 roku, po latach oszczędzania, planowania i chodzenia od banku do banku, dopiął swego. Zapożyczył się i wybłagał od rajców preferencyjną cenę za część zapuszczonego gmachu: zaledwie 170 tys. funtów. – Później dokupiłem więcej. Jak będę miał szczęście, do końca życia to spłacę – śmieje się Bill.

Dziś Islington Mill to jedno z najciekawszych niszowych zjawisk na kulturalnej mapie Manchesteru. Dzięki pieniądzom z rozmaitych krajowych i unijnych projektów, oszczędnościom Billa i dochodom z kolejnych przedsięwzięć działa tu studio nagraniowe, klub, w którym regularnie grają kapele z okolicy, wegetariańska knajpa i – co najważniejsze – apartamenty i warsztaty dla ponad 50 artystów. – Robią wszystko, co możliwe. Mamy tu ceramików, rzeźbiarzy, malarzy, muzyków… - w tym momencie Bill przerywa i wskazuje palcem na okno oklejone czarnym plastrem. – Popatrz tam, na parter i pierwsze piętro. Grali tak głośno, że trzeba było wzmocnić okna, żeby nie poszły szyby (śmiech).

- W warsztatach non-stop ktoś pracuje. Schodzisz rano na kawę i rogalik do knajpki, spotykasz mnóstwo ludzi. Potem praca – opowiada Sarah Waite, projektantka graficzna, która mieszkała przez rok w Islington Mill.

Młyn dalej nie wygląda bynajmniej jak z bajki. Wciąż trochę tu brudno, pod nogami walają się pobite butelki i pety. Tu jakaś rzeźba, tam zardzewiały kawał metalu, zostawiony na pastwę losu i angielskiej pogody. Pod ścianami strzelają w górę wybujałe rośliny, niezdarnie wkopane w kolorowe doniczki – żywy symbol tego tryskającego twórczym nieporządkiem przybytku. Nie ma tygodnia bez jakiegoś festiwalu, pokazu filmu, koncertu, pogawędki z pisarzem.

Kto przychodzi do Islington Mill? Wiadomo – młodzi gniewni. Średnia wieku 20-30 lat, choć zdarzają się i nieco starsi. Długowłosi i łysi, homo i hetero, faceci i dziewczyny. Raczej biali. Raczej zamożni. Artyści, studenci, wolne zawody.

Wieczorem uderzam do klubu. Jest sobota, tym razem gra popowa kapela The Heebie Jeebies. Wstęp kosztował 5 funtów, ale publika dopisała: jeśli zliczyć tych, którzy palą na zewnątrz, będzie ze 100-150 osób. Gawędzę z Philem, młodym adwokatem, który zawsze chciał być dziennikarzem. Jego matka pochodzi z Brazylii (a może ojciec – nie pamiętam), chłopak mieszkał w Madrycie. Był tu już kilka razy, zawsze na koncertach. Potem wypijamy piwko z Andreą i Frankiem. Ona – rumuńska socjolog, robi doktorat w Londynie, ale studiowała w… Warszawie. On – polski fotograf, który mieszka na Wyspie od ośmiu lat. Co robią w Manchesterze? Przyjechali, bo Franek ma wystawę w galerii-sklepie, który działa pod egidą Islington Mill parę przecznic dalej. Artystów sprowadza tam Stephen Campbell (zbieżność nazwisk z Billem zupełnie przypadkowa), manchesterski malarz, który pomieszkiwał w Krakowie i Toruniu (i mój współlokator z dawnego pobytu w Manchesterze).

Stephen mówi po polsku, więc jak nikt nadaje się do sprowadzania polskich artystów. Bierze wszystko, byle było dobre: obrazy, rzeźby, lampy, fotografie, ceramikę. Islington Mill zarabia na sprzedaży ich prac, ale więcej pieniędzy jest i tak z wynajmu apartamentów.

Pod koniec wieczoru zaczepiam barmankę, która leniwie opiera się o blat sącząc pinta San Miguel. – Żyjesz tu? – pytam.

- Może kiedyś – uśmiecha się. Ma obcy akcent, po chwili wyjaśnia, że przyjechała parę miesięcy temu ze Szwajcarii. – Póki co pracuję. Ale zaczęłam tańczyć. Chyba jestem w tym dobra.

American dream w wersji alternative – oto Islington Mill.

Poniżej: podwórko młyna. 

Islington Mill

Islington Mill

Poniżej: wnętrze sklepu-galerii, w którym prezentowane są prace polskich artystów:

Islington Mill

Poniżej: Islington Mill otoczony jest komunalnymi wieżowcami. Jeden z nich odbija się w szybie. Nie brak społecznych projektów dla mieszkańców - od scrabble po kursy malowania. Na zdjęciu z lewej Stephen Maxwell Campbell, malarz i menedżer galerii, z prawej - autor bloga:)

Islington Mill

Tagi: manchester
21:34, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 lutego 2010
Miejskie utopie

Prawie pół tysiąca lat temu Giorgio Vasari – nie ten słynny, malarz i architekt, a jego bratanek – zagrał po raz pierwszy w SimCity. Na sześćdziesięciu kilku rycinach rozplanował urbanistyczną idyllę: miejsce, w którym wszystkie potrzeby obywateli zaspokajane są jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, architektoniczne El Dorado. Żaden z budynków nie przetrwał do dziś, bo i nie mógł: żaden nie powstał. Przetrwały za to ambitne plany.

Ośmioboczne miasto Vasariego dziurawią jak ser szwajcarski prostokątne i ośmioboczne skwery, z których szerokie i proste ulice wyprowadzają przechodniów na główny plac. Włoski architekt, który korzystał z uprzejmości i wiktu Medyceuszy, miał sporo czasu, by zaprojektować kościoły, szpitale, targi, budynki mieszkalne, spichrz, port, stocznię, mennicę, łaźnię, teatr, salę konfraterni. Biblioteka, w której przechowuje się księgi łacińskie, greckie, hebrajskie i włoskie, ma kształt krzyża. W trzydziestu dwóch pałacach księcia mieszczą się wszystkie urzędy i trybunały – tak, by miejscowi nie musieli się nabiegać, a cudzoziemcy bez trudu je znaleźli. W szesnastowiecznych planach jest nawet wzorcowe osiedle (to co, że kanoników): wokół sporego dziedzińca piętrzy się trzydzieści jeden identycznych domków z ogródkami; jest wspólna kuchnia, stajnie i placyk do zabaw.

Plany Vasariego pozostały na papierze, ale w historii nie brakowało heroicznych wysiłków budowy idealnego miasta na pniu. XX-wieczna Brasilia, która – jakby nie dość trudnym zadaniem było przeniesienie stolicy w głąb niegościnnego kontynentu – przypomina z góry lecący samolot, rozczarowuje dziś nieżyciowym rozplanowaniem. Petersburg olśniewa architekturą i życiem kulturalnym, ale przygnębia pogodą. W indyjskim Chandigarth, milionowym miasteczku zaprojektowanym przez Le Corbusiera, żyje się ponoć nieźle, ale zapewne lepiej niż w Genewie, Barcelonie, San Diego.

Pomyśleć, że miliony ludzi żyją dziś w – mniej lub bardziej nieudanej – czystej utopii.

21:06, butycortesa
Link Dodaj komentarz »