Miasto - ludzie - rewitalizacja. Reportaże, eseje i wszystko, co pośrodku. Blog działa dzięki stypendium dziennikarskiemu Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
RSS
poniedziałek, 08 listopada 2010
Potsdamer Platz

Kiedy wchodzę do Sony Center, nie wiem, czy jestem jeszcze na ulicy, czy już w środku jakiejś ogromnej konstrukcji. Czy tak będzie wyglądać miasto przyszłości? Chociaż nad Berlinem dopiero zachodzi słońce, tu jest panuje przyjemny półmrok. Z głośników płynie spokojna, kosmiczna muzyka. Na ścianie - wielki, kolorowy ekran, na którym wyświetlane są futurystyczne animacje (a podczas ważnych wydarzeń sportowych - podobno także transmisje). Wokół mnie, pod wielkim, mieniącym się bielą, cyanem i magentą dachem, rozciągniętym nad centralnym placem jak leniwy pająk ze stali, szkła i materiału - restauracje, butiki, kina, muzea. Z radochą dzieciaka wjeżdżam ruchomymi schodami na taras trójwymiarowego kina, skąd widać wszystko jeszcze lepiej. Neony sklepów odbijają się w ciemnej sadzawce otoczonej rzędem ławek. Obok wypielęgnowanych trawiastych tarasów bawią się dzieci. Przyroda przycięta, równa jak od linijki, na wzór japoński - jak cała przestrzeń. Tu nie ma miejsca na przypadek, nieład, improwizację.

W zimnowojennym świecie przebiegała tędy granica między Berlinem wschodnim a zachodnim. Wokół muru rozciągała się ziemia niczyja. Po zjedoczeniu miasto podzieliło teren na cztery części i, zamiast stawiać pomniki, sprzedało każdą z nich prywatnemu inwestorowi. Największą dostał Daimler-Benz, drugą - koncern Sony, który przeniósł do Niemiec swoją europejską siedzibę główną. Dziś stalowo-szklane kontrukcje - przestrzeń niby prywatna, a jednak jakby publiczna, tętniąca życiem - są jednym z symboli miasta, odwiedzanym codziennie przez 70 tys. gości.

 

Tagi: Berlin
23:18, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 listopada 2010
1989

Stoję naprzeciw resztek Muru Berlińskiego i myślę sobie, że jego upadek musiał być dla Niemców niesamowitym doświadczeniem nie tylko w sferze politycznej, społecznej, emocjonalnej - mówiąc krótko, we wszystkich tych aspektach, o których na ogół się mówi. Oto z dnia na dzień, jak w wirtualnej rzeczywistości, której wówczas jeszcze nie było, obywatele Enerde zyskali dostęp do zupełnie nowej części miasta. To tak, jakby, dajmy na to, Krakusom dobudować w ciągu jednej nocy Planty i Kazimierz, a Gdańszczanom – znienacka postawić pod bokiem Sopot. Wychodzisz z kamienicy przy Fredrichstrasse – i w miejscu, gdzie wczoraj przebiegał mur, dziś masz otwartą drogę do ogrodów Tiergarten, które podpatrywałeś nieśmiało z wieży na Alexanderplatz. Rzadki przypadek, kiedy rojenia sytuacjonistów o byciu turystą we własnym mieście stały się rzeczywistością.

Powyżej: malunek na jednym z nielicznych zachowanych fragmentów muru - East Side Gallery na Kreuzbergu. Na dole -  Checkpoint Charlie. Kiedyś słynne przejście graniczne w centrum Berlina, dziś - atrakcja turystyczna z McDonaldsem w tle.

Tagi: Berlin
23:43, butycortesa
Link Dodaj komentarz »