Miasto - ludzie - rewitalizacja. Reportaże, eseje i wszystko, co pośrodku. Blog działa dzięki stypendium dziennikarskiemu Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
RSS
środa, 15 grudnia 2010
Trzy ciekawe mapki

...znalezione w necie.

Po pierwsze, satelitarne zdjęcie Europy i Afryki nocą (wieczorem?). Już wiem, skąd określenie 'Czarny Ląd'. I dlaczego duże teleskopy optyczne buduje się w RPA, a nie u nas.

Po drugie, mapa zainteresowania dużych koncernów medialnych. Im bardziej czerwono, tym więcej razy nazwa danego państwa pojawia się w newsach. Czyli nawet o Grenlandii pisze się częściej niż o Czadzie, Namibii czy Mauretanii. Amazing. Polska jak Brazylia, Arabia Saudyjska, Egipt, Norwegia. W '89 musiała być czerwona jak flaga Chin. Nie podali, z jakiego roku pochodzi ta mapa, ale jak widać po granicach, na pewno jest młodsza.

Po trzecie, mapa Facebookowych relacji, czyli kto z kim kontaktuje się przez naczelny portal społecznościowy świata. Ciemność nad Chinami i Rosją. Szał w Indonezji, Europie, Stanach. Ciekawy dowód na to, ilu ludzi, ile osad lokuje się na wybrzeżu. Mapa kontaktów rzeźbi kontury całych kontynentów.

Tagi: Afryka mapy
21:39, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 grudnia 2010
Berber Pizza vs. Brasilia, czyli dlaczego Cortes zburzył Tenochtitlan

Wyraźne oddzielenie chodników od jezdni, przestrzeni publicznej od prywatnej, miasta od wsi – do tego przyzwyczaiła nas Europa. W tym momencie przypomina mi się pewna marokańska mieścina, jak to się ładnie mówi, "u wrót Sahary" (nie pamiętam jej nazwy), po której drogach z piasku suną piesi, wielbłądy, samochody (tego by jeszcze brakowało, żeby zrobili ścieżki dla wielbłądów, na wzór rowerowych:)).

Nad węższymi ulicami przerzucono deski, mają chronić przed słońcem. Nawet w południe jest tak ciemno, że przez uchylone drzwi chat ledwo widać kozy wałęsające się wśród ubogich sprzętów: tu jakaś gliniana misa, tam tłuczek, dzban, brązowy pled, walnięty na ziemię jak krowi placek. Przyjechaliśmy tu starym mercedesem, wynajętym w Warzazacie za śmieszne 80 euro.  Ciemności dziwą mnie najmniej, bo nawet na początku kwietnia jest 40 stopni. Na jakimś placu młoda kobieta przygotowuje aromatyczny chleb, który trochę dalej na północ wciska się turystom jako „Berber Pizza”. Jest w domu, czy już na ulicy? Za nią – chata, zza uchylonych drzwi dobiega beczenie kozy.  Czy to jeszcze miasteczko, czy już wieś?

Podobne dylematy miał ponoć Cortés, kiedy zobaczył Tenochtitlan. Ktoś postawił tezę, że zburzył azteckie miasto właśnie dlatego, że go nie rozumiał: Aztekowie nie dzielili przestrzeni na miejską i wiejską, w Tenochtitlanie prowadzili uprawy. Centralnym punktem miasta była schodkowa piramida ze świątynią na szczycie, gdzie w podwójnym sanktuarium miejscowi składali ofiary z ludzi. Zdobywcy czuli się tak obco, jak obco mógł się czuć przetransportowany do Sewilli jeniec-dziwoląg. Miasto jako tekst kulturowy: dumne, pompatyczne aleje wytyczane w Berlinie przez Hitlera były odbiciem jego ambicji, szarość komunistycznych blokowisk wpisywała się w socjalistyczną urawniłowkę, folwark pańszczyźniany podkreślał władzę pana i podległość chłopów. To wszystko truizm.

Modernistyczna obsesja planowania zrodziła urbanistyczny koszmarek Brasilii. Bezwładność chaosu – slumsy w Rio, Bombaju, Johannesburgu. Obie łączą się w Lagos, gdzie tłumy biedaków z przedmieść podkopują nielegalnie swoje domostwa, żeby sprzedać piasek na budowę nowego centrum finansowego metropolii z własnymi tramwajami, autostradami, basenami.