Miasto - ludzie - rewitalizacja. Reportaże, eseje i wszystko, co pośrodku. Blog działa dzięki stypendium dziennikarskiemu Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
RSS
środa, 17 marca 2010
Nazwy miast

Jako dzieciak sterczałem godzinami przy mapach i kolorowym, podświetlanym globusie, jaki stał na babcinej komodzie. By mieć mnie z głowy na kilka godzin, wystarczało wyjąć z szafy atlas geograficzny. Znałem na pamięć wszystkie flagi i stolice, z pamięci recytowałem długość i szerokość geograficzną Astany, Tokio, Wellington, Kairu.

Podróże palcem po mapie miały i swoje wiekopomne odkrycia. Kiedyś z wypiekami na twarzy zauważyłem, że Afryka i Ameryka Południowa idealnie do siebie pasują, z czego po bezsennej nocy wysnułem wniosek, że musiały stanowić jeden kontynent. Przez jakiś czas żyłem w trwodze, że ktoś wpadnie na to samo i opublikuje odkrycie w jakimś renomowanym czasopiśmie naukowym zanim urosnę na tyle, żeby traktować moją teorię poważnie. Innym razem wyobraziłem sobie, że układ lasów w Amazonii przypomina skradającego się myśliwego.

Odkąd pamiętam, jedną z najbardziej fascynujących rzeczy były dla mnie nazwy miast: Bagdad, Timbuctu, Marakesz, Stambuł, Dar-es-Salaam, Kadyks, Grenada … Nazwy-zaklęcia, bramy do innego świata, rodem z Baśni tysiąca i jednej nocy…

Dopiero niedawno pomyślałem sobie, że każde z tych miast jest stolicą pogranicza, wrotami kontynentu, morza, oceanu, pustyni lub jeszcze czegoś innego. Niektóre już zwiedziłem. Na magię miejsca nałożyły się realne doświadczenia, niezmienne zdziwienie: jak to, tu też toczy się zwyczajne życie?

W Grenadzie utknąłem jak kołek przed Alhambrą, gapiąc się na grupkę arabskich turystów – wyobraziłem sobie, że potomków jej budowniczych -  którzy nie mogli dostać audioprzewodnika w swoim języku. W Stambule handlarze na Moście Galata sprzedawali głośne budziki, scyzoryki, chińskie zegarki, tanie kosmetyki, pirackie płyty – zupełnie jak na Stadionie Dziesięciolecia. Na placu Djemaa el Fna w Marakeszu słynne wozy z wodą są już tylko turystyczną atrapą, bo medyna od kilku dekad ma już kanalizację.

Do dziś pluję sobie w brodę, że do Czerwonego Miasta dotarłem brutalnie samolotem, po niespełna godzinnym locie z Madrytu, zamiast przeprawić się do Tangeru (od kiedy przeczytałem „Dziennik Złodzieja” Jeana Geneta, jest to dla mnie stolica występku, w której zapewne nocowałbym w zacienionym riadzie i popijał do śniadania zieloną herbatę z liśćmi mięty), tłuc się po zakurzonych drogą rozklekotanym autobusem i dotrzeć tam – koniecznie podczas zachodu słońca, jak Kate Winslet – spocony i brudny, po dwóch dniach drogi.

Przyjemnie jest odkrywać, że i inni mają tę słabość do obco brzmiących nazw. Podróżnik Zbigniew Borys wspominał niedawno podczas pokazu zdjęć o Timbuctu. Andrzej Stasiuk, literacki kartograf wszystkiego, co między Adriatykiem a Dniestrem, raczy nas Michalovcami, Stropkovem i Użhorodem. Henry Miller bombarduje indiańskimi nazwami amerykańskich miast: Missoula, Cheyenne, Wichita, Topeka, Tulsa, Texarkana, Roanoke.

Wystawa „Przeszłość jest obcym krajem” w toruńskim CSW próbuje za pomocą zmieniających się nazw opowiadać historię. Gruzja: Dioscurias – Savastapolis – Tskhumi – Sohumkale – Sokhumi. Słowacja: Brezalauspurc – Pozsony – Bratislava. Rumunia: Napoca – Klausenburg – Kolozsvar – Cluj – Cluj-Napoca. Wieki wojen, najazdów, rewolucji – zamknięte w kilku słowach.

Marakesz

Powyżej: plac Djemaa al Fna w Marakeszu

Marakesz

Powyżej: jedna z uliczek medyny w Marakeszu.

Marakesz

Powyżej: plac Djemaa al Fna, Marakesz.

Grenada

Powyżej: Grenada, skwer przy Alhambrze.

 

18:08, butycortesa
Link Dodaj komentarz »