Miasto - ludzie - rewitalizacja. Reportaże, eseje i wszystko, co pośrodku. Blog działa dzięki stypendium dziennikarskiemu Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
RSS
czwartek, 24 czerwca 2010
Matejko w zielonym puchu

Z wizytą w Bielsku-Białej, przedziwnym miejscu. Odnowiono tu Rynek, zapominając o całej reszcie (przede wszystkim: mieszkańcach). Efekt? Turystów cieszy piękna atrapa, miejscowi dalej stoją w bramach jak stali dziesięć, dwadzieścia lat temu.

Bielsko-Biała

Bielsko-Biała

Na pierwszy rzut oka jest super. Nowy bruk, kiczowata fontanienka z jakimś Neptunem albo innym Posejdonem (co robi na Podbeskidziu?!), odmalowane elewacje. Jest nawet makieta z instrukcją, na co patrzeć. Na parterach – kafejki, restauracje, sklepik z antykami, herbaciarnia. Wystarczy jednak skręcić w jedną z bocznych uliczek i wkraczamy w zupełnie inny świat sypiących się tynków, dziurawych chodników, zagrzybionych bram.

Zofia Matejko mieszka tu od 1981 roku (dokładnie wtedy się urodziłem). Po południu wyprowadza na spacer Dropsa, rudego pekińczyka. Wieczorem już nie, bo się boi. – Co tu się nie dzieje! Mało kto a pracę, w bramach stoją nawet 12-13 latkowie – i piją – opowiada pani Zofia, czekając aż Drops opróżni pęcherz. – Mieszkam pod osiemnastką. Pod szesnastką, tu obok, dwa miesiące temu zamordowali czternastolatka.

W kamienicy emerytki nie jest lepiej. – Pod jedynką mieszka ten, co wrócił niedawno z więzienia. Pije, zwłaszcza od kiedy pochowali babkę. Ubikacje – na polu.

Najgorzej – jak pada. Woda ścieka z góry ulicy, podlewa mury i przesiąka do mieszkań. Leje się też od góry, przy kominach. Niedawno administracja odmalowała klatkę. Ale zapomniano o grzybie – i dziś zielony puch wygląda z daleka jak wytarta tapeta. Drogowcy wymienili też nawierzchnię: zamiast asfaltu wyłożyli kocie łby. Turystom się podoba, pani Zofii – mniej, bo trzęsące się pod oknami samochody obudziłyby umarłego.

Bielsko-Biała

- A za kamienicę zabiorą się w 2030 roku – przekonuje Matejko, a ja nie wiem, czy żartuje, czy mówi serio. – Ale wie pan co? Dobrze, że zrobili chociaż ten Rynek. Coś się musi dziać. Gdyby jeszcze czynsz nie drożał…

Za dwupokojowe mieszkanie o powierzchni 70 m2 miasto żąda 400 zł miesięcznie (w tym jest opłata za wodę). Emerytka płaci regularnie, bo jak nie – miasto wypowie umowę. Tak było z sąsiadami.

Drożyzna przeszkadza też moim kolejnym rozmówcom (jak wielu, nie chcą się przedstawić). On – rubaszny i bezrobotny purpurat (z twarzy, nie ornatów) z kilkudniowym zarostem, ona – wysoka szatynka po czterdziestce, pierwsza i jedyna chochla w budce z zupami i hot-dogami na obrzeżach miasta. Oboje mieszkają w Śródmieściu. – Poszłoby się czasem na piwo, ale szczerze, to nas nie stać. 4 zł i 4 zł to jest już osiem. Hot-dog za 3,50 zł. Dla kogo te ceny? – mówi on.

Szwendam się dalej. Pociąg i tak odjeżdża dopiero za trzy godziny (grunt, że przed nocą, myślę sobie). Poluję na idealne ujęcie symbol tutejszej paranoi. Po dwóch okrążeniach rynku i rundce po ul. Orkana, Słowackiego, Mickiewicza (gdzie Żeromski? Tu by pasował.) – mam. Drobny, starannie ułożony bruk urywa się jak z bicza strzelił, ustępując podziurawionemu asfaltowi. Biuro notariusza sąsiaduje z popielatą ruderą. Granica światów. Imperialny limes. Próg cywilizacji.

A żeby było jeszcze bardziej metaforycznie (nie, to musiał ktoś zaplanować – przelatuje mi przez głowę), z ziemi – jeszcze na terenach „tubylców” – sterczy znak stopu. A obok niego – zakaz skrętu w prawo, czyli w stronę Rynku. A pod nim – rozbawiony człowieczek w fioletowej, kreszowej kurtce, jakie nosiło się w latach 90., i czarnych mokasynach, patrzy wprost w obiektyw, a potem uśmiecha się od ucha do ucha.

Bielsko-Biała

– Zafajdane życie – sepleni obok jakiś maluch (musiał to często słyszeć), ale – wbrew jego słowom, zagrzybionym klatkom, idiotycznej polityce miasta, mieszkańcy bielskiego Śródmieścia jakoś sobie radzą. Tereny wokół Rynku przypominają mi dawny Kazimierz, dawną warszawską Pragę – te sprzed rewitalizacji. Mnóstwo problemów społecznych: ubóstwo, alkoholizm, przestępczość, bezrobocie. Ale i duch wisielczego braterstwa.

Ot, Stanaszek siedzi na schodach przed kamienicą i patrzy na parasole Żywca, po którymi turyści popijają piwo za 4 złote. Przed nim podskakuje kilkuletnia dziewczynka. – Pana córka czy wnuczka? – pytam.

- Eee, nie. Sąsiadka wyszła na chwilę i poprosiła, żebym przypilnował, to pilnuję.

Stanaszek płaci miesięcznie 450 zł za jeden duży pokój z kuchnią. Wodę ma tylko zimną, bo nie stać go na piecyk gazowy. Pod oknem głośno, zwłaszcza w piątki i soboty. – Dwóch sąsiadów już wysiedlili. Z nami na razie nic nie wiadomo. Chciałbym zostać. Żyję tu 18 lat. Do sklepu blisko, do MOPS-u – 10 minut. A tak – nie wiadomo, gdzie rzucą. No i ładnie ten Rynek odnowili. Dawniej było tylko zielenisko na środku, nawet bez fontanny. 

22:56, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 czerwca 2010
A propos ostatniej notki

Rusholme, moja ulubiona dzielnica orientalnych knajpek w Manchesterze:)

Tagi: manchester
22:45, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 czerwca 2010
Maszyny rozrywki

Współczesne miasta to maszyny rozrywki – taką tezę stawia amerykański socjolog T.N. Clark. Pracownicy nowoczesnych sektorów gospodarki, wybierając miejsce zamieszkania, zwracają uwagę przede wszystkim na jakość życia. Biblioteki, muzea, parki, kina, restauracje, stadiony, korty, centra handlowe, morze, góry, tory dla gokartów, ściany do wspinaczki, aquaparki, atrakcje turystyczne, modne miejsca, kluby i dzielnice. Chleb i tak będzie, niech żyją igrzyska! Miejscowi coraz częściej zachowują się we własnym mieście jak turyści. To nie pracownicy gonią za miejscami pracy, to miejsca pracy szukają pracowników - przynajmniej tych najbardziej wykwalifikowanych (przykład z mojego podwórka – w 2008 r. Allegro przeniosło swoje centrum informatyczne do Torunia, by zatrudniać dobrych i stosunkowo tanich absolwentów UMK). A ci nie chcą mieszkać byle gdzie. Wybierają „maszyny rozrywki” - miejsca z charakterem oferujące jak najwięcej atrakcji, fajerwerków. Kluczowe znaczenie w wyborze miasta, mówi Clark, mają dziś amenities (uroki) – zarówno naturalne, jak i stworzone przez człowieka. Stąd moda na wykorzystywanie dawnych funkcji dzielnic, centra handlowe w dawnych fabrykach, urokliwe tawerny w starych portach, lofty. Ponowoczesnemu Baumanowskiemu człowiekowi-turyście nie wystarczy już sama konsumpcja – musi podróżować, choćby we własnym mieście, choćby w przeszłość.

Paweł Swianiewicz, który opisuje teorie Amerykanina, przytacza polski przykład: w połowie lat 90. The Economist pisał o pewnym koncernie, który planował zainwestować w jednym z naszych miast średniej wielkości. Projekt upadł, bo – jak cytuje Swianiewicz – „w tym mieście nie ma porządnej restauracji”;).

22:41, butycortesa
Link Dodaj komentarz »