Miasto - ludzie - rewitalizacja. Reportaże, eseje i wszystko, co pośrodku. Blog działa dzięki stypendium dziennikarskiemu Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
RSS
sobota, 17 lipca 2010
Christiania

Zaczęło się w 1971 roku, kiedy grupka zarośniętych squatersów przeskoczyła przez płot dawnej bazy wojskowej w Christianshavn, portowej dzielnicy Kopenhagi o rzut kamieniem od centrum. Przycupnięte nad malowniczym jeziorem, opuszczone tereny aż prosiły się, by poeksperymentować na nich radośnie z narkotykami, muzyką, wolną miłością i nowym modelem społeczeństwa.

Eksperyment trwa do dziś. W skleconych byle jak kolorowych domkach pomieszkują nawet jeszcze niektórzy z pierwszych kolonizatorów. Do tego mnóstwo młodych: handlarze haszu, muzycy, malarze, rzemieślnicy, straganiarze, zwykli bumelanci. Razem ok. 700 osób.

Hipisiarskie miasto w mieście wypracowało własne reguły gry. Nie można jeździć samochodem, kraść, używać broni ani biegać („biega tylko złodziej lub policjant”). Wolno za to chodzić, gdzie dusza zapragnie. Można palić – także w knajpach, mimo że w Danii obowiązuje zakaz. Także hasz; na słynnej Pusher St. wielu mieszkańców sprzedaje go otwarcie. Idzie jak świeże bułki (– Hash is legal, buddy. Hundred percent legal, but you can’t just walk into the restaurant, roll the joint and start puffin’ away – opowiada o Amsterdamie Vincent w “Pulp Fiction”. Well, here you can).

Nic dziwnego, że władze kraju od lat zapamiętale walczą z rozpalonymi squatersami. Chodzi nie tylko o narkotyki, ale i o to, że komuna godzi w zasadę indywidualnej własności. Czasem – jak opowiadała mi jedna ze starych hipisek – ta walka przybierała ostre formy: naloty policji, pobicia, wyburzenia. Kiedy indziej ocierała się o absurd: kiedy politycy zaapelowali do społeczności, by handel dragami zszedł do podziemi, chłopcy z Pusher St. zaczęli sprzedawać go w wojskowych kurtkach kamuflujących.

Christiania jednak trwa i ma się dobrze – głównie dlatego, że lewicująca część elektoratu na tyle polubiła rebeliantów, że nie wyobraża sobie ich wykurzenia, a zakazane knajpki wyrosły na jedną z największych atrakcji turystycznych miasta. W następnej notce – krótkie repo z wyprawy ;)

 

środa, 14 lipca 2010
Rowerowa Kopenhaga

Piątkowy poranek, schodzę z promu Świnoujście-Kopenhaga. Plecak waży jakieś dobre 15 kilo, na lądzie upał jak cholera, ale i tak decyduję się dotrzeć do centrum piechotą. A co, jak zwiedzać to zwiedzać.

Pierwsze zaskoczenie: brak korków. Jest ósma rano, w Toruniu o tej porze głośno od klaksonów od pl. Rapackiego po Poznańską. Warszawa, Paryż, Madryt – wszystko zakorkowane. A tu pustawo.

Po chwili sytuacja się wyjaśnia. Zapala się zielone światło - i obok nielicznych samochodów sunie na mnie prawdziwa rowerowa karawana. Obok (na oko) studentów pedałuje jakiś prezio w nienagannie wyprasowanym garniturze i niebiesko-zielonych skarpetach, obok młodej uśmiechniętej Chinki (Koreanki? Jak 90 proc. Europejczyków, nie potrafię ich rozróżniać) – starsza pani z ogromnym koszykiem z przodu. Później dowiem się, że to wynalazek rodem z Christianii, hipisowskiej enklawy Kopenhagi (o niej w kolejnej notce). W koszu Duńczycy wożą zakupy, psy, dzieci i siebie nawzajem – to ostatnie zwłaszcza w piątkowe i sobotnie wieczory, kiedy nogi mniej zaprawionych w alkoholowych bojach odmawiają już posłuszeństwa.

Kopenhaga

Do pracy na rowerze dojeżdża jedna trzecia mieszkańców miasta. Skalę ruchu można uzmysłowić sobie na zjeździe z mostu w bodajże Norrebrogade: specjalne urządzenie liczy tam codziennie rowerzystów. W piątek wieczorem nabiło ponad 9 tysięcy.

Jednoślady są wszędzie: na ulicach, ścieżkach rowerowych, głównych placach. Podpierają mury, pozują do zdjęć przy zabytkowych fontannach, zalegają tłumnie przy stojakach nieopodal stacji metra. Zwykle ustawia się je byle jak, byle gdzie, bez przypinania (spięcie ze sobą ramy i koła wystarcza). Może dlatego, że ścieżki rowerowe towarzyszą raczej ulicom, nie chodnikom, piesi nie pchają się na nie jak w Polsce. Ruch pieszy i rowerowy jest uprzywilejowany względem samochodowego. Pod tym frazesem kryje się fakt, że wiele ulic w centrum czy na dawnych terenach portowych to deptaki. Wjedziesz na nie rowerem, autem – już nie, chyba że dostawczym. Owo uprzywilejowanie widać nawet na skrzyżowaniach: na przecięciu promenady Stroget z ulicą Nytorv obserwuję kolejny cud: czerwone światło dla samochodów świeci dłużej niż dla pieszych. Policzyłem: dla pierwszych 32 sekundy, dla drugich – 24. I tak w koło, nomen omen, Macieju.

Kopenhaga

 

20:41, butycortesa
Link Dodaj komentarz »