Miasto - ludzie - rewitalizacja. Reportaże, eseje i wszystko, co pośrodku. Blog działa dzięki stypendium dziennikarskiemu Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
RSS
czwartek, 19 sierpnia 2010
Knajpy w industrialu

Rewitalizacja made in Copenhagen. Oto dawne tereny przemysłowe przy rzece na wysokości studenckiej dzielnicy Vesterbro. Tym razem będą głównie foty, bo to one oddadzą najlepiej niesamowity klimat tego miejsca.

Może jedna tylko uwaga. W Polsce robimy wszystko na tip-top. Jak już renowacja, to kwiatki, ładny bruczek, ławeczka, pomniczek. Nawet łódzka Manufaktura, której udało się zachować architektoniczny klimat XIX-wiecznej fabryki Poznańskiego, tchnie sterylnością.

Tu – siłą jest autentyzm miejsca. Oryginalne szyldy nieczynnych zakładów, porzucone palety, surowa robotnicza przestrzeń wlewają w serca ludzi jakiś męski, asfaltowy romantyzm.

Na taki ruch – brutalny wjazd z knajpami w stygnący rozpiździel industrialu - stać tylko bogate społeczeństwa, które nie muszą maskować swoich gospodarczych kompleksów.

Tagi: Kopenhaga
00:32, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 sierpnia 2010
Ulica dealerów

Marokański hasz – 60-120 DKK / gram. Hash cookies – 50 DKK za sztukę. Joint z trawą – 30-50 DKK (żeby przeliczyć to z grubsza na złotówki, trzeba podzielić przez 2). Ceny wypisano flamastrami przy wyłożonych na stoliku towarach.

Dealerzy (zwani tu z angielskiego ‘pushers’) – zwykle wytatuowani, przerośnięci Duńczycy – jarają w palącym słońcu skręta za skrętem. Większość z nich dogląda stoisk, ale jest i trzech-czterech, którzy niczego nie sprzedają. Przysiadam na murku z puszką zimnego Carlberga i od czasu do czasu rzucam okiem w ich stronę. Po paru minutach łapię: to domorośli ochroniarze (pewna stara hipiska, o której napiszę później, opowie mi wieczorem, że w niespokojnych latach 80. tę rolę pełniły dziewczyny – faceci zbyt często obrywali od policji i gangów spoza osady). Pilnują, by na ulicy było spokojnie, ale przede wszystkim - egzekwują zakaz fotografowania. Przechodniów na Pusher St. witają bowiem wielkie graffiti z przekreślonym aparatem. Dziarscy chłopcy z tatuażami mają zajmować się tymi, którzy go nie zauważyli lub nie chcieli zauważyć. Godząc się w duchu, że fotek z najlepszej części miasteczka nie będzie, sadowię się na murku na dobre. Ciekawe, co będzie jak napatoczy się ktoś, kto złamie zakaz?

Pusher St. to serce Christianii (więcej o dzielnicy – patrz poprzednia notka). Działa tu nie tylko słynny targ, ale i parę tyle podłych, co sympatycznych knajp, kilka warsztatów, sklep i 24-godzinna Sunshine Bakery („Show your tits and get a free joint” – zachęca napis w oknie). Obok zagranicznych turystów przewijają się gówniarze z przedmieść Kopenhagi, którzy przyjechali tu zaopatrzyć się w towar na wieczorną imprezę, obok zarośniętych, ubranych w kolorowe ciuchy miejscowych snują się jak cienie zjarani południowcy z Kolumbii, Boliwii, Chile. Ich zarośnięte, zakazane facjaty i przekrwione oczy przywodzą na myśl klientelę z „Od zmierzchu do świtu”. Dzięki nim hiszpański – ten śpiewający, bez seplenienia - to chyba trzeci po duńskim i angielskim język enklawy.

Ściany upstrzone są kolorowymi graffiti. Dominują motywy zwierzęco-indiańsko-buddyjskie: wielkookie sowy wciągające przez rurkę gęsty dym, pomarszczone skrzaty w zielonych kapeluszach, wielorękie bóstwa, długowłose kobiety, czerwony samolot wypluwający z siebie dym w kolorach tęczy, słońce, kwiaty, serca. Niektóre opowiadają jakąś historię, jak to przy jednej z knajp naprzeciw piekarni: długowłosa, ciemnoskóra dziewczyna z anielskimi skrzydłami trzyma kurczowo mikrofon, obok ciągnie się napis „Rest in peace Natasja”. To hołd dla związanej z Christianią duńsko-sudańskiej wokalistki reggae, która w 2007 roku zginęła w wypadku samochodowym na Jamajce (czerwono-żółta flaga na teledysku należy właśnie do Christianii).

 

Kiedy kończy mi się piwo, tuż przed moim nosem jakiś idiota błyska wreszcie fleszem. Grubas w cienkiej niebieskiej koszuli nie kryje nawet srebrnego Fuji dyndającego mu na szyi. Chyba naprawdę przeoczył zakaz. ‘No, teraz się zacznie’ – myślę sobie. Łysi podchodzą do biedaka, po czym jeden… uprzejmym tonem, podręcznikową angielszczyzną i z akcentem, jakiego nie pozazdrościłby niejeden polski lektor, zwraca mu uwagę: - Excuse me, sir. This the last photo you took on this street, all right? Thank you.

Po kolejnym kwadransie jestem pewny: dealerzy może i nie stronią od zadym, ale tak naprawdę mają gołębie serca – całkiem jak Nicolas Cage u Lyncha ;). Scenka dotyczy wałęsających się tu i ówdzie amstafów. Wolnościowe przekonania miejscowych sprawiają, że nawet psy korzystają tu z prawa swobodnego przemieszczania się, co w wypadku tych sympatycznych skądinąd bestii nie jest najrozsądniejszym rozwiązaniem. Od czasu do czasu dochodzi więc do pokazów siły. Oto chwilę po tym, jak grubas chowa aparat do kieszeni, dwa samce rzucają się sobie do gardeł. Z ulicy podnosi się kurz, turyści pierzchają w popłochu za murek, kobiety krzyczą. Po prostu siwy dym. Psy kotłują się niemiłosiernie.

Co robią dealerzy? W mgnieniu oka, jak jeden mąż odskakują od stolików z zielskiem, żeby rozdzielić rozjuszone zwierzaki. ‘Stary, twój ma rozwaloną łapę’ – pokazuje ze współczuciem jeden z łysych, kiedy już udaje się rozdzielić amstafy. No i rusza cała akcja: ktoś przynosi miskę z wodą, inny bandaże, gazę. Normalnie doktor Dolittle ;).

Pusherem był mąż Niny Pontoppidan, którą naciągam popołudniu na zwierzenia. Przyjechała do Christianii w 1977 roku, tylko na jedną noc. Została do dziś. Znajomy miał pokazać jej miejską ciekawostkę – wówczas jeszcze niezbyt znaną – a pokazał faceta, z którym spędziła 32 lata. Rzuciła życie w Szwecji i zaczęła hipisować. On dealował, ona – rzeźbiła w wosku. Kilka lat po zajęciu powojskowych terenów nie było tu jeszcze bieżącej wody, kanalizacji – ani elektryczności. Żyli jak na letnim obozie. – Każdy potrzebował świec. Robiłam ich setki. Wieczorem rozświetlały całą Christianię – wspomina Nina.

W latach 70. ludzie wprowadzali się i wyprowadzali, pojawiało się mnóstwo nowych twarzy. Więcej stałych „osadników” pojawiło się dopiero po Blokadzie Ćpunów z 1979 roku, kiedy hipisi z Christianii po raz pierwszy porozumieli się z policją. Gliniarze mieli pomóc wykurzyć z osady handlarzy heroiny, którzy w poprzednich kilkunastu miesiącach przyczynili się do śmierci 10 ludzi, ale zabrali się za wszystkich. – Wchodzili po cywilu do naszych domów, kradli. Mój mąż dealował, więc byli u nas często. W latach 80. było jeszcze gorzej, bo pojawiły się gangi. Raz pochowali u nas jakiegoś człowieka, który zastrzelił się podczas gry w rosyjską ruletkę – opowiada hipiska.

Sprzedawcy haszu nie żyją długo. Ich największym wrogiem nie jest wcale policja, tylko rak płuc. Taka choroba zawodowa. Męża Pontoppidan wykończył w ubiegłym roku. Stara Szwedka pielęgnowała go przez lata. Po jego śmierci nie wyprowadziła się z Christianii (prowadzi teraz sklepik z pamiątkami), ale od czasu do czasu wyjeżdża, żeby nabrać do wszystkiego dystansu. Podumać. Odkrywać to, czego przez lata szukała w narkotykach i filozofii. Ostatnio włóczyła się po Indiach, Pakistanie, Wietnamie i Tajlandii.

Ps. Na koniec fotka Pusher St. z Wikipedii. Może od grubasa z Fuji? ;)