Miasto - ludzie - rewitalizacja. Reportaże, eseje i wszystko, co pośrodku. Blog działa dzięki stypendium dziennikarskiemu Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
RSS
sobota, 17 lipca 2010
Christiania

Zaczęło się w 1971 roku, kiedy grupka zarośniętych squatersów przeskoczyła przez płot dawnej bazy wojskowej w Christianshavn, portowej dzielnicy Kopenhagi o rzut kamieniem od centrum. Przycupnięte nad malowniczym jeziorem, opuszczone tereny aż prosiły się, by poeksperymentować na nich radośnie z narkotykami, muzyką, wolną miłością i nowym modelem społeczeństwa.

Eksperyment trwa do dziś. W skleconych byle jak kolorowych domkach pomieszkują nawet jeszcze niektórzy z pierwszych kolonizatorów. Do tego mnóstwo młodych: handlarze haszu, muzycy, malarze, rzemieślnicy, straganiarze, zwykli bumelanci. Razem ok. 700 osób.

Hipisiarskie miasto w mieście wypracowało własne reguły gry. Nie można jeździć samochodem, kraść, używać broni ani biegać („biega tylko złodziej lub policjant”). Wolno za to chodzić, gdzie dusza zapragnie. Można palić – także w knajpach, mimo że w Danii obowiązuje zakaz. Także hasz; na słynnej Pusher St. wielu mieszkańców sprzedaje go otwarcie. Idzie jak świeże bułki (– Hash is legal, buddy. Hundred percent legal, but you can’t just walk into the restaurant, roll the joint and start puffin’ away – opowiada o Amsterdamie Vincent w “Pulp Fiction”. Well, here you can).

Nic dziwnego, że władze kraju od lat zapamiętale walczą z rozpalonymi squatersami. Chodzi nie tylko o narkotyki, ale i o to, że komuna godzi w zasadę indywidualnej własności. Czasem – jak opowiadała mi jedna ze starych hipisek – ta walka przybierała ostre formy: naloty policji, pobicia, wyburzenia. Kiedy indziej ocierała się o absurd: kiedy politycy zaapelowali do społeczności, by handel dragami zszedł do podziemi, chłopcy z Pusher St. zaczęli sprzedawać go w wojskowych kurtkach kamuflujących.

Christiania jednak trwa i ma się dobrze – głównie dlatego, że lewicująca część elektoratu na tyle polubiła rebeliantów, że nie wyobraża sobie ich wykurzenia, a zakazane knajpki wyrosły na jedną z największych atrakcji turystycznych miasta. W następnej notce – krótkie repo z wyprawy ;)

 

środa, 14 lipca 2010
Rowerowa Kopenhaga

Piątkowy poranek, schodzę z promu Świnoujście-Kopenhaga. Plecak waży jakieś dobre 15 kilo, na lądzie upał jak cholera, ale i tak decyduję się dotrzeć do centrum piechotą. A co, jak zwiedzać to zwiedzać.

Pierwsze zaskoczenie: brak korków. Jest ósma rano, w Toruniu o tej porze głośno od klaksonów od pl. Rapackiego po Poznańską. Warszawa, Paryż, Madryt – wszystko zakorkowane. A tu pustawo.

Po chwili sytuacja się wyjaśnia. Zapala się zielone światło - i obok nielicznych samochodów sunie na mnie prawdziwa rowerowa karawana. Obok (na oko) studentów pedałuje jakiś prezio w nienagannie wyprasowanym garniturze i niebiesko-zielonych skarpetach, obok młodej uśmiechniętej Chinki (Koreanki? Jak 90 proc. Europejczyków, nie potrafię ich rozróżniać) – starsza pani z ogromnym koszykiem z przodu. Później dowiem się, że to wynalazek rodem z Christianii, hipisowskiej enklawy Kopenhagi (o niej w kolejnej notce). W koszu Duńczycy wożą zakupy, psy, dzieci i siebie nawzajem – to ostatnie zwłaszcza w piątkowe i sobotnie wieczory, kiedy nogi mniej zaprawionych w alkoholowych bojach odmawiają już posłuszeństwa.

Kopenhaga

Do pracy na rowerze dojeżdża jedna trzecia mieszkańców miasta. Skalę ruchu można uzmysłowić sobie na zjeździe z mostu w bodajże Norrebrogade: specjalne urządzenie liczy tam codziennie rowerzystów. W piątek wieczorem nabiło ponad 9 tysięcy.

Jednoślady są wszędzie: na ulicach, ścieżkach rowerowych, głównych placach. Podpierają mury, pozują do zdjęć przy zabytkowych fontannach, zalegają tłumnie przy stojakach nieopodal stacji metra. Zwykle ustawia się je byle jak, byle gdzie, bez przypinania (spięcie ze sobą ramy i koła wystarcza). Może dlatego, że ścieżki rowerowe towarzyszą raczej ulicom, nie chodnikom, piesi nie pchają się na nie jak w Polsce. Ruch pieszy i rowerowy jest uprzywilejowany względem samochodowego. Pod tym frazesem kryje się fakt, że wiele ulic w centrum czy na dawnych terenach portowych to deptaki. Wjedziesz na nie rowerem, autem – już nie, chyba że dostawczym. Owo uprzywilejowanie widać nawet na skrzyżowaniach: na przecięciu promenady Stroget z ulicą Nytorv obserwuję kolejny cud: czerwone światło dla samochodów świeci dłużej niż dla pieszych. Policzyłem: dla pierwszych 32 sekundy, dla drugich – 24. I tak w koło, nomen omen, Macieju.

Kopenhaga

 

20:41, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 czerwca 2010
Matejko w zielonym puchu

Z wizytą w Bielsku-Białej, przedziwnym miejscu. Odnowiono tu Rynek, zapominając o całej reszcie (przede wszystkim: mieszkańcach). Efekt? Turystów cieszy piękna atrapa, miejscowi dalej stoją w bramach jak stali dziesięć, dwadzieścia lat temu.

Bielsko-Biała

Bielsko-Biała

Na pierwszy rzut oka jest super. Nowy bruk, kiczowata fontanienka z jakimś Neptunem albo innym Posejdonem (co robi na Podbeskidziu?!), odmalowane elewacje. Jest nawet makieta z instrukcją, na co patrzeć. Na parterach – kafejki, restauracje, sklepik z antykami, herbaciarnia. Wystarczy jednak skręcić w jedną z bocznych uliczek i wkraczamy w zupełnie inny świat sypiących się tynków, dziurawych chodników, zagrzybionych bram.

Zofia Matejko mieszka tu od 1981 roku (dokładnie wtedy się urodziłem). Po południu wyprowadza na spacer Dropsa, rudego pekińczyka. Wieczorem już nie, bo się boi. – Co tu się nie dzieje! Mało kto a pracę, w bramach stoją nawet 12-13 latkowie – i piją – opowiada pani Zofia, czekając aż Drops opróżni pęcherz. – Mieszkam pod osiemnastką. Pod szesnastką, tu obok, dwa miesiące temu zamordowali czternastolatka.

W kamienicy emerytki nie jest lepiej. – Pod jedynką mieszka ten, co wrócił niedawno z więzienia. Pije, zwłaszcza od kiedy pochowali babkę. Ubikacje – na polu.

Najgorzej – jak pada. Woda ścieka z góry ulicy, podlewa mury i przesiąka do mieszkań. Leje się też od góry, przy kominach. Niedawno administracja odmalowała klatkę. Ale zapomniano o grzybie – i dziś zielony puch wygląda z daleka jak wytarta tapeta. Drogowcy wymienili też nawierzchnię: zamiast asfaltu wyłożyli kocie łby. Turystom się podoba, pani Zofii – mniej, bo trzęsące się pod oknami samochody obudziłyby umarłego.

Bielsko-Biała

- A za kamienicę zabiorą się w 2030 roku – przekonuje Matejko, a ja nie wiem, czy żartuje, czy mówi serio. – Ale wie pan co? Dobrze, że zrobili chociaż ten Rynek. Coś się musi dziać. Gdyby jeszcze czynsz nie drożał…

Za dwupokojowe mieszkanie o powierzchni 70 m2 miasto żąda 400 zł miesięcznie (w tym jest opłata za wodę). Emerytka płaci regularnie, bo jak nie – miasto wypowie umowę. Tak było z sąsiadami.

Drożyzna przeszkadza też moim kolejnym rozmówcom (jak wielu, nie chcą się przedstawić). On – rubaszny i bezrobotny purpurat (z twarzy, nie ornatów) z kilkudniowym zarostem, ona – wysoka szatynka po czterdziestce, pierwsza i jedyna chochla w budce z zupami i hot-dogami na obrzeżach miasta. Oboje mieszkają w Śródmieściu. – Poszłoby się czasem na piwo, ale szczerze, to nas nie stać. 4 zł i 4 zł to jest już osiem. Hot-dog za 3,50 zł. Dla kogo te ceny? – mówi on.

Szwendam się dalej. Pociąg i tak odjeżdża dopiero za trzy godziny (grunt, że przed nocą, myślę sobie). Poluję na idealne ujęcie symbol tutejszej paranoi. Po dwóch okrążeniach rynku i rundce po ul. Orkana, Słowackiego, Mickiewicza (gdzie Żeromski? Tu by pasował.) – mam. Drobny, starannie ułożony bruk urywa się jak z bicza strzelił, ustępując podziurawionemu asfaltowi. Biuro notariusza sąsiaduje z popielatą ruderą. Granica światów. Imperialny limes. Próg cywilizacji.

A żeby było jeszcze bardziej metaforycznie (nie, to musiał ktoś zaplanować – przelatuje mi przez głowę), z ziemi – jeszcze na terenach „tubylców” – sterczy znak stopu. A obok niego – zakaz skrętu w prawo, czyli w stronę Rynku. A pod nim – rozbawiony człowieczek w fioletowej, kreszowej kurtce, jakie nosiło się w latach 90., i czarnych mokasynach, patrzy wprost w obiektyw, a potem uśmiecha się od ucha do ucha.

Bielsko-Biała

– Zafajdane życie – sepleni obok jakiś maluch (musiał to często słyszeć), ale – wbrew jego słowom, zagrzybionym klatkom, idiotycznej polityce miasta, mieszkańcy bielskiego Śródmieścia jakoś sobie radzą. Tereny wokół Rynku przypominają mi dawny Kazimierz, dawną warszawską Pragę – te sprzed rewitalizacji. Mnóstwo problemów społecznych: ubóstwo, alkoholizm, przestępczość, bezrobocie. Ale i duch wisielczego braterstwa.

Ot, Stanaszek siedzi na schodach przed kamienicą i patrzy na parasole Żywca, po którymi turyści popijają piwo za 4 złote. Przed nim podskakuje kilkuletnia dziewczynka. – Pana córka czy wnuczka? – pytam.

- Eee, nie. Sąsiadka wyszła na chwilę i poprosiła, żebym przypilnował, to pilnuję.

Stanaszek płaci miesięcznie 450 zł za jeden duży pokój z kuchnią. Wodę ma tylko zimną, bo nie stać go na piecyk gazowy. Pod oknem głośno, zwłaszcza w piątki i soboty. – Dwóch sąsiadów już wysiedlili. Z nami na razie nic nie wiadomo. Chciałbym zostać. Żyję tu 18 lat. Do sklepu blisko, do MOPS-u – 10 minut. A tak – nie wiadomo, gdzie rzucą. No i ładnie ten Rynek odnowili. Dawniej było tylko zielenisko na środku, nawet bez fontanny. 

22:56, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 czerwca 2010
A propos ostatniej notki

Rusholme, moja ulubiona dzielnica orientalnych knajpek w Manchesterze:)

Tagi: manchester
22:45, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 czerwca 2010
Maszyny rozrywki

Współczesne miasta to maszyny rozrywki – taką tezę stawia amerykański socjolog T.N. Clark. Pracownicy nowoczesnych sektorów gospodarki, wybierając miejsce zamieszkania, zwracają uwagę przede wszystkim na jakość życia. Biblioteki, muzea, parki, kina, restauracje, stadiony, korty, centra handlowe, morze, góry, tory dla gokartów, ściany do wspinaczki, aquaparki, atrakcje turystyczne, modne miejsca, kluby i dzielnice. Chleb i tak będzie, niech żyją igrzyska! Miejscowi coraz częściej zachowują się we własnym mieście jak turyści. To nie pracownicy gonią za miejscami pracy, to miejsca pracy szukają pracowników - przynajmniej tych najbardziej wykwalifikowanych (przykład z mojego podwórka – w 2008 r. Allegro przeniosło swoje centrum informatyczne do Torunia, by zatrudniać dobrych i stosunkowo tanich absolwentów UMK). A ci nie chcą mieszkać byle gdzie. Wybierają „maszyny rozrywki” - miejsca z charakterem oferujące jak najwięcej atrakcji, fajerwerków. Kluczowe znaczenie w wyborze miasta, mówi Clark, mają dziś amenities (uroki) – zarówno naturalne, jak i stworzone przez człowieka. Stąd moda na wykorzystywanie dawnych funkcji dzielnic, centra handlowe w dawnych fabrykach, urokliwe tawerny w starych portach, lofty. Ponowoczesnemu Baumanowskiemu człowiekowi-turyście nie wystarczy już sama konsumpcja – musi podróżować, choćby we własnym mieście, choćby w przeszłość.

Paweł Swianiewicz, który opisuje teorie Amerykanina, przytacza polski przykład: w połowie lat 90. The Economist pisał o pewnym koncernie, który planował zainwestować w jednym z naszych miast średniej wielkości. Projekt upadł, bo – jak cytuje Swianiewicz – „w tym mieście nie ma porządnej restauracji”;).

22:41, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 kwietnia 2010
Cmentarz w West Didsbury

West Didsbury to Anglia, jaką wyobrażają sobie nasi dziadkowie. Stare wiktoriańskie rezydencje, piętrowe autobusy, pola golfowe i wiekowe parki. A do tego oczywiście - flagmatyczni Anglicy.

Jednym z najbardziej ożywionych miejsc w tej sennej mieścinie na przedmieściach Manchesteru jest... cmentarz. Zakwefione wdowy pielgrzymują tu wraz z czeredą małych Mohammedów na groby z czarnym półksiężycem, otyłe Brytyjki człapią ze znudzonymi mężami w błękitnych tiszertach City, by położyć kwiaty z ASDY pod krzyżem mamusi. Jest nawet polska część nekropolii, gdzie w pogodnej ciszy spoczywają szczątki Zofii, Zenonów, Stanisławów - nie trzeba nawet patrzeć na daty śmierci, wystarczy rzut oka na imię, by wiedzieć, że to stara gwardia, jeszcze z czasów wojny.

West Didsbury

West Didsbury2

Nad zapadniętymi pochówkami z XX wieku góruje ponad dwumetrowa czarna bryła: to grób Demonda Noonana, jednego z najsłynniejszych manchesterskich gangsterów. Do dziś zbierają się przy nim czasem ostrzyżeni na łyso krewni i żołnierze 'Dessiego'. Spokoju szczątków strzegą miniaturowi piłkarze ManU w strojach z końca lat 60. - dokładnie takich, w jakich mały Desmond mógł zapamietać George'a Besta i Bobby'ego Charltona. Obok - świeże kwiaty, listy, obrazki świętych.

Noonan zginął 19 marca 2005, zadźgany nożem po wyjściu ze spelunki w Wythenshawe przez szeregowego dealera narkotyków. Na kwietniowym pogrzebie żegnały go setki ludzi, na czele z zespołem ubranych w kilty kobziarzy. Trumnę przywieziono karocą, jakby chodziło nie o uzależnionego od cracku zabijakę, a wampirzego lorda.

'Dessy' zaczynał w latach 80. jako bramkarz w nocnych klubach. Po latach bójek i awantur dorobili się z braćmi reputacji, która pozwoliła im zatrudniać innych osiłków i kontolować wejścia do 80 proc. lokali w mieście. Potem przyszedł czas na poważniejsze przedsięwzięcia: napady, morderstwa, handel bronią i dragami, wojny gangów.

Bajecznie bogaci Noonanowie - tylko do końca lat 90. zgarnęli z haraczy i napadów na banki ponad 8 mln funtów - skończyli źle: Desmonda zadźgano, Damien zginął w wypadku motocyklowym na Dominikanie. Najlepiej powiodło się Dominikowi Noonanowi, który pod koniec lat 80. trafił za kraty za napad na bank w Cheetam Hill, a parę lat temu wyszedł na wolność.

West Didsbury3

W cieniu bitew gangów z Salford, Cheetham Hill i Moss Side na przedmieściach Manchesteru toczyła się inna walka: ostateczne starcie wiewiórek. Wygrały ją te szare, przywiezione z Ameryki. Dziś wytropienie w całej Anglii choćby jednej rudej wiewióry graniczy z cudem. Przegrały one z przywleczonymi z Nowego Świata przez szaraki chorobami, na które same nosicielki były odporne. Czyżby zemsta Tainów?

Cholton

A to już inna nekropolia w sąsiednim Cholton. W pobliskim kościele odbyła się stypa Desmonda Noonana. Dlaczego pochowano go w West Didsbury, a nie tu? Mała wskazówka: płyty grobów służą na tym cmentarzu za chodnik.

Tagi: manchester
18:06, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 marca 2010
Nazwy miast

Jako dzieciak sterczałem godzinami przy mapach i kolorowym, podświetlanym globusie, jaki stał na babcinej komodzie. By mieć mnie z głowy na kilka godzin, wystarczało wyjąć z szafy atlas geograficzny. Znałem na pamięć wszystkie flagi i stolice, z pamięci recytowałem długość i szerokość geograficzną Astany, Tokio, Wellington, Kairu.

Podróże palcem po mapie miały i swoje wiekopomne odkrycia. Kiedyś z wypiekami na twarzy zauważyłem, że Afryka i Ameryka Południowa idealnie do siebie pasują, z czego po bezsennej nocy wysnułem wniosek, że musiały stanowić jeden kontynent. Przez jakiś czas żyłem w trwodze, że ktoś wpadnie na to samo i opublikuje odkrycie w jakimś renomowanym czasopiśmie naukowym zanim urosnę na tyle, żeby traktować moją teorię poważnie. Innym razem wyobraziłem sobie, że układ lasów w Amazonii przypomina skradającego się myśliwego.

Odkąd pamiętam, jedną z najbardziej fascynujących rzeczy były dla mnie nazwy miast: Bagdad, Timbuctu, Marakesz, Stambuł, Dar-es-Salaam, Kadyks, Grenada … Nazwy-zaklęcia, bramy do innego świata, rodem z Baśni tysiąca i jednej nocy…

Dopiero niedawno pomyślałem sobie, że każde z tych miast jest stolicą pogranicza, wrotami kontynentu, morza, oceanu, pustyni lub jeszcze czegoś innego. Niektóre już zwiedziłem. Na magię miejsca nałożyły się realne doświadczenia, niezmienne zdziwienie: jak to, tu też toczy się zwyczajne życie?

W Grenadzie utknąłem jak kołek przed Alhambrą, gapiąc się na grupkę arabskich turystów – wyobraziłem sobie, że potomków jej budowniczych -  którzy nie mogli dostać audioprzewodnika w swoim języku. W Stambule handlarze na Moście Galata sprzedawali głośne budziki, scyzoryki, chińskie zegarki, tanie kosmetyki, pirackie płyty – zupełnie jak na Stadionie Dziesięciolecia. Na placu Djemaa el Fna w Marakeszu słynne wozy z wodą są już tylko turystyczną atrapą, bo medyna od kilku dekad ma już kanalizację.

Do dziś pluję sobie w brodę, że do Czerwonego Miasta dotarłem brutalnie samolotem, po niespełna godzinnym locie z Madrytu, zamiast przeprawić się do Tangeru (od kiedy przeczytałem „Dziennik Złodzieja” Jeana Geneta, jest to dla mnie stolica występku, w której zapewne nocowałbym w zacienionym riadzie i popijał do śniadania zieloną herbatę z liśćmi mięty), tłuc się po zakurzonych drogą rozklekotanym autobusem i dotrzeć tam – koniecznie podczas zachodu słońca, jak Kate Winslet – spocony i brudny, po dwóch dniach drogi.

Przyjemnie jest odkrywać, że i inni mają tę słabość do obco brzmiących nazw. Podróżnik Zbigniew Borys wspominał niedawno podczas pokazu zdjęć o Timbuctu. Andrzej Stasiuk, literacki kartograf wszystkiego, co między Adriatykiem a Dniestrem, raczy nas Michalovcami, Stropkovem i Użhorodem. Henry Miller bombarduje indiańskimi nazwami amerykańskich miast: Missoula, Cheyenne, Wichita, Topeka, Tulsa, Texarkana, Roanoke.

Wystawa „Przeszłość jest obcym krajem” w toruńskim CSW próbuje za pomocą zmieniających się nazw opowiadać historię. Gruzja: Dioscurias – Savastapolis – Tskhumi – Sohumkale – Sokhumi. Słowacja: Brezalauspurc – Pozsony – Bratislava. Rumunia: Napoca – Klausenburg – Kolozsvar – Cluj – Cluj-Napoca. Wieki wojen, najazdów, rewolucji – zamknięte w kilku słowach.

Marakesz

Powyżej: plac Djemaa al Fna w Marakeszu

Marakesz

Powyżej: jedna z uliczek medyny w Marakeszu.

Marakesz

Powyżej: plac Djemaa al Fna, Marakesz.

Grenada

Powyżej: Grenada, skwer przy Alhambrze.

 

18:08, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 lutego 2010
Islington Mill

W latach 90. Bill Campbell, młody projektant mody z Manchesteru, postanowił kupić sobie młyn. Nie byle jaki, bo XIX-wieczny, położony na granicy centrum miasta i dzielnicy Salford.

W 2001 roku, po latach oszczędzania, planowania i chodzenia od banku do banku, dopiął swego. Zapożyczył się i wybłagał od rajców preferencyjną cenę za część zapuszczonego gmachu: zaledwie 170 tys. funtów. – Później dokupiłem więcej. Jak będę miał szczęście, do końca życia to spłacę – śmieje się Bill.

Dziś Islington Mill to jedno z najciekawszych niszowych zjawisk na kulturalnej mapie Manchesteru. Dzięki pieniądzom z rozmaitych krajowych i unijnych projektów, oszczędnościom Billa i dochodom z kolejnych przedsięwzięć działa tu studio nagraniowe, klub, w którym regularnie grają kapele z okolicy, wegetariańska knajpa i – co najważniejsze – apartamenty i warsztaty dla ponad 50 artystów. – Robią wszystko, co możliwe. Mamy tu ceramików, rzeźbiarzy, malarzy, muzyków… - w tym momencie Bill przerywa i wskazuje palcem na okno oklejone czarnym plastrem. – Popatrz tam, na parter i pierwsze piętro. Grali tak głośno, że trzeba było wzmocnić okna, żeby nie poszły szyby (śmiech).

- W warsztatach non-stop ktoś pracuje. Schodzisz rano na kawę i rogalik do knajpki, spotykasz mnóstwo ludzi. Potem praca – opowiada Sarah Waite, projektantka graficzna, która mieszkała przez rok w Islington Mill.

Młyn dalej nie wygląda bynajmniej jak z bajki. Wciąż trochę tu brudno, pod nogami walają się pobite butelki i pety. Tu jakaś rzeźba, tam zardzewiały kawał metalu, zostawiony na pastwę losu i angielskiej pogody. Pod ścianami strzelają w górę wybujałe rośliny, niezdarnie wkopane w kolorowe doniczki – żywy symbol tego tryskającego twórczym nieporządkiem przybytku. Nie ma tygodnia bez jakiegoś festiwalu, pokazu filmu, koncertu, pogawędki z pisarzem.

Kto przychodzi do Islington Mill? Wiadomo – młodzi gniewni. Średnia wieku 20-30 lat, choć zdarzają się i nieco starsi. Długowłosi i łysi, homo i hetero, faceci i dziewczyny. Raczej biali. Raczej zamożni. Artyści, studenci, wolne zawody.

Wieczorem uderzam do klubu. Jest sobota, tym razem gra popowa kapela The Heebie Jeebies. Wstęp kosztował 5 funtów, ale publika dopisała: jeśli zliczyć tych, którzy palą na zewnątrz, będzie ze 100-150 osób. Gawędzę z Philem, młodym adwokatem, który zawsze chciał być dziennikarzem. Jego matka pochodzi z Brazylii (a może ojciec – nie pamiętam), chłopak mieszkał w Madrycie. Był tu już kilka razy, zawsze na koncertach. Potem wypijamy piwko z Andreą i Frankiem. Ona – rumuńska socjolog, robi doktorat w Londynie, ale studiowała w… Warszawie. On – polski fotograf, który mieszka na Wyspie od ośmiu lat. Co robią w Manchesterze? Przyjechali, bo Franek ma wystawę w galerii-sklepie, który działa pod egidą Islington Mill parę przecznic dalej. Artystów sprowadza tam Stephen Campbell (zbieżność nazwisk z Billem zupełnie przypadkowa), manchesterski malarz, który pomieszkiwał w Krakowie i Toruniu (i mój współlokator z dawnego pobytu w Manchesterze).

Stephen mówi po polsku, więc jak nikt nadaje się do sprowadzania polskich artystów. Bierze wszystko, byle było dobre: obrazy, rzeźby, lampy, fotografie, ceramikę. Islington Mill zarabia na sprzedaży ich prac, ale więcej pieniędzy jest i tak z wynajmu apartamentów.

Pod koniec wieczoru zaczepiam barmankę, która leniwie opiera się o blat sącząc pinta San Miguel. – Żyjesz tu? – pytam.

- Może kiedyś – uśmiecha się. Ma obcy akcent, po chwili wyjaśnia, że przyjechała parę miesięcy temu ze Szwajcarii. – Póki co pracuję. Ale zaczęłam tańczyć. Chyba jestem w tym dobra.

American dream w wersji alternative – oto Islington Mill.

Poniżej: podwórko młyna. 

Islington Mill

Islington Mill

Poniżej: wnętrze sklepu-galerii, w którym prezentowane są prace polskich artystów:

Islington Mill

Poniżej: Islington Mill otoczony jest komunalnymi wieżowcami. Jeden z nich odbija się w szybie. Nie brak społecznych projektów dla mieszkańców - od scrabble po kursy malowania. Na zdjęciu z lewej Stephen Maxwell Campbell, malarz i menedżer galerii, z prawej - autor bloga:)

Islington Mill

Tagi: manchester
21:34, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 lutego 2010
Miejskie utopie

Prawie pół tysiąca lat temu Giorgio Vasari – nie ten słynny, malarz i architekt, a jego bratanek – zagrał po raz pierwszy w SimCity. Na sześćdziesięciu kilku rycinach rozplanował urbanistyczną idyllę: miejsce, w którym wszystkie potrzeby obywateli zaspokajane są jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, architektoniczne El Dorado. Żaden z budynków nie przetrwał do dziś, bo i nie mógł: żaden nie powstał. Przetrwały za to ambitne plany.

Ośmioboczne miasto Vasariego dziurawią jak ser szwajcarski prostokątne i ośmioboczne skwery, z których szerokie i proste ulice wyprowadzają przechodniów na główny plac. Włoski architekt, który korzystał z uprzejmości i wiktu Medyceuszy, miał sporo czasu, by zaprojektować kościoły, szpitale, targi, budynki mieszkalne, spichrz, port, stocznię, mennicę, łaźnię, teatr, salę konfraterni. Biblioteka, w której przechowuje się księgi łacińskie, greckie, hebrajskie i włoskie, ma kształt krzyża. W trzydziestu dwóch pałacach księcia mieszczą się wszystkie urzędy i trybunały – tak, by miejscowi nie musieli się nabiegać, a cudzoziemcy bez trudu je znaleźli. W szesnastowiecznych planach jest nawet wzorcowe osiedle (to co, że kanoników): wokół sporego dziedzińca piętrzy się trzydzieści jeden identycznych domków z ogródkami; jest wspólna kuchnia, stajnie i placyk do zabaw.

Plany Vasariego pozostały na papierze, ale w historii nie brakowało heroicznych wysiłków budowy idealnego miasta na pniu. XX-wieczna Brasilia, która – jakby nie dość trudnym zadaniem było przeniesienie stolicy w głąb niegościnnego kontynentu – przypomina z góry lecący samolot, rozczarowuje dziś nieżyciowym rozplanowaniem. Petersburg olśniewa architekturą i życiem kulturalnym, ale przygnębia pogodą. W indyjskim Chandigarth, milionowym miasteczku zaprojektowanym przez Le Corbusiera, żyje się ponoć nieźle, ale zapewne lepiej niż w Genewie, Barcelonie, San Diego.

Pomyśleć, że miliony ludzi żyją dziś w – mniej lub bardziej nieudanej – czystej utopii.

21:06, butycortesa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Gasometer City 2 - Kirche und Cine

Poorana bruzdami twarz, spokojny głos, ciemna skóra – wszystko to pasuje bardziej do wilka morskiego niż do kaznodziei. Czterdziestokilkuletni mężczyzna w okularach stanowi żywy dowód, że Gasometer City (o którym więcej w poprzedniej notce) przyciągnęło nie tylko handel i biura, ale i religię. Jedyną taką w całej Austrii, a może i na świecie. – Trzy lata temu założyliśmy wolny kościół. Jesteśmy chrześcijanami, czytamy Biblię, ale nie uznajemy żadnej władzy. Nazywamy się Kirche und Cine (Kościół i Kino) – opowiada Gerhard Deimel. Chwilę wcześniej wręczył mi ulotkę z zaproszeniem na mszę (nie przyjdę, bo spóźniłbym się na lot do Polski).

– Jak? – dziwię się.

- Kirche und Cine – powtarza spokojnie. – Stoimy na stanowisku, że w głoszeniu Ewangelii należy wykorzystywać nowoczesne technologie. Spotykamy się na comiesięcznej mszy w tutejszym kinie. Właściciel udostępnia nam salę za pół darmo. Przychodzi 30-40 osób, czasem nawet 70. Większość z okolicy.

Zaczynali w Linzu, gdzie Deimel pracował w dużej korporacji. Kiedy został zwolniony (jak sam mówi, wkładał w kościół sporo energii), przenieśli się tutaj. Teraz żyje z pracy misyjnej. Spotykają się czasem w mieszkaniach. W kinie odprawiają msze, podczas których lekturę Pisma przeplatają sekwencje wideo i dłuższe filmy. Teksty psalmów i innych pieśni wyświetlają w PowerPoincie. – Rozwijamy się, ale jesteśmy świadomi ograniczeń. Austriacy są dość nieufni. No i trudno przyciągnąć ich do religii – wzdycha Deimel. – W Polsce pewnie mielibyśmy lepiej, co?

Gasometer D

Tagi: Wiedeń
22:28, butycortesa
Link Dodaj komentarz »